Dzień Dziecka utraconego

15 października rok temu leżałam w szpitalu pełna strachu, że znów może będzie trzeba pożegnać się zbyt szybko. Jak wiele z nas zna ten ból i skrywa go w sobie…
Jak to jest stracić dziecko?
Gdzie w tym wszystkim Pan Bóg?

Gdy umiera dziecko, boli całe ciało, a serce matki pęka na pół.

Chcesz zamknąć się w sobie i krzyczeć jednocześnie, że nie tak miało być! Że to nie sprawiedliwe, że najpierw powinni umierać starsi – nie dzieci.
Widziałam to już nie raz, gdy moja kochana Mama przeżywała odejście mojej siostry. Kiedy teściowa żegnała swego syna. Kiedy rodzic w szpitalu dowiedział się o nieuleczalnej chorobie swojego maleństwa. Kiedy trzymał gasnące życie na rękach…
To boli. Samo wyobrażenie utraty dziecka budzi wielki lęk, który bez wiary w Boże miłosierdzie i mądrość mógłby sparaliżować i uniemożliwić normalne życie rodziców.

Od samego początku przeczuwałam, że rodzi się we mnie nowe życie.

Mój organizm za każdym razem po prostu WIE. Kiedy to potwierdziłam, z radością wręczyłam mężowi symboliczne ziarenko maku z karteczką “Jestem takim maleńkim człowiekiem”. Nasza radość trwała jeszcze tydzień, ale zaczęłam się źle czuć. Akurat szliśmy na wesele, więc pełna entuzjazmu wzięłam się w garść, jednak w nocy już wiedziałam, że zbliża się najgorsze…Po powrocie szpital, poczekalnia, usg, zabieg i rozmowa z lekarką – aniołem, która powiedziała mi, że mam teraz nie wracać do pracy. Bardzo chciałam. Bałam się, że narażę się mocno, może nie będę mieć przełużonej umowy, może mnie zwolnią, bo byłam już po dwóch tygodniach opieki nad chorą córką. Lekarka, która z powodzeniem mogłaby być moją babcią popatrzyła na mnie i powiedziała:
“Dziewczyno…Musisz mieć czas na żałobę. Straciłaś dziecko. To wielka strata. Masz prawo płakać, krzyczeć, cierpieć i przeżywać to na swój sposób.”

Nie chciałam uznać, że nic się nie stało, zapomnieć o tej ciąży, bo “tak wczesne poronienia to fizjologia”.

Byłam raczej przyzwyczajona do podejścia służby zdrowia, że siedmiotygodniowa ciąża, to przecież tylko “płód” i “zlepek komórek” i naprawdę nie spodziewałam się takich słów. Miałam ochotę zatopić się w objęcia tej lekarki i wypłakać…Pękłam na drobne kawałeczki.
Gdy zaszłam w pierwszą ciążę, dostałam od męża trzy czerwone róże. Tym razem też przyniósł mi bukiet trzech czerwonych z jedną, małą białą różyczką.
Przeżyliśmy żałobę razem. Z ciepłem, czułością i wyrozumiałością jaką dostawałam na codzień, łatwiej było mi wrócić do normalnego funkcjonowania. Do pracy przyszłam z wypowiedzeniem. Dzięki Bogu pojawiły się nowe perspektywy.

Modliłam się do Matki Najświętszej, żeby mi towarzyszyła na drodze rodzicielstwa

Ciekawe, że jakiś czas przed zjaściem w ciążę, uświadomiłam sobie, że moja relacja z Matką Bożą jest jakaś taka chłodna i niepełna. Modliłam się o łaskę lepszego poznania Maryi, abym potrafiła szczerym sercem uznać Ją za Mamę, kobietę, za której przykładem chcę podążać. Chciałam tak jak Ona, z ufnością, zawsze towarzyszyć Chrystusowi i patrzeć w Jego kierunku. Stało się to, o co prosiłam.

Dzięki trudnym doświadczeniom spojrzałam na Matkę Bożą z innej perspektywy.

Zobaczyłam w Niej Matkę Bolesną, Matkę cierpiącą, zatroskaną, która mimo wielkiego zaufania do Boga, przecież po ludzku przeżywała mękę i śmierć swojego jedynego Syna. Zrozumiałam, że jak każda matka, doznała niedogodności ciąży, trudu porodu, nieprzychylnej opinii części społeczeństwa, obmawiania. Zmagała się z wychowawczymi problemami przy kilkuletnim, później nastoletnim Panem Jezusie, obserwowała Jego rozwój, przyjaźnie i odtrącenie…Żyła ze świadomością, że Jej jedyny Syn, a Pan nasz Jezus Chrystus, poniesie męczeńską śmierć dla zbawienia ludzkości. Wypowiedziała swoje “fijat”. Wiedziała, że Bóg jest z Nią.

Pan Bóg jest z nami

Nie miałam żalu do Pana Boga. Mówiłam raczej “Bądź wola Twoja”.
Ukojenie dała modlitwa różańcowa.
Od tamtej pory ma dla mnie jeszcze większy, wyraźniejszy sens i wartość. Już nie tylko modlę się na różańcu, a przeżywam go, rozważam i staram się zanurzyć…Na ten moment nie wyobrażam sobie, kim byłabym i gdzie bym zaszła bez mojego różańcowego oręża do walki ze złym.

15 października 2018 roku leżałam w szpitalu na patologii ciąży. Byłam już po odwiedzinach i poczułam wielką pustkę i strach. Sięgnęłam po różaniec, ale chwilę później musiałam odłożyć modlitwę, bo w drzwiach stanął…Ksiądz Kapelan! 🙂

Był zdziwiony, kiedy entuzjastycznie wyskoczyłam z łóżka i powiedziałam, że spadł mi z nieba! Stwierdził ze smutkiem, że mało kto chce przystępować do spowiedzi, modlitwy i przyjąć Eucharystię w szpitalu.
Wiele osób modliło się o zdrowie dla nas. Nawet na internetowych “spódnicowych grupach” dziewczyny, których nie znam osobiście, zorganizowały szturm do nieba. Koleżanka przyjechała nawet z winem Gildeńskim i paskiem Św. Dominika…
To skarb mieć takie wsparcie 🙂

Dzisiaj tulę Synka 🤗 Omodlonego. Ofiarowanego Najświętszej Maryi Pannie w Chroberzy podczas wypadu kajakowego, gdy synek miał niecałe dwa miesiące. To, w jaki sposób Duch Święty zaprowadził mnie do tej kaplicy zasługuje na odrębną opowieść… 😉

Każde życie jest ważne!


15 października szczególnie wspominam w modlitwie maleństwo, którego byłam mamą 8 tygodni. Tylko tyle i aż tyle. Zawsze mówię, że to wielki zaszczyt nosić w sobie nowe życie, choćby tylko kilka chwil…
Pamiętajmy o swoich utraconych dzieciach i nie wstydźmy się o nich mówić. Każde życie jest ważne!
#życie#stopaborcji#dzieńdzieckautraconego

Dodaj komentarz